1 Ostatnio edytowany przez Nakf (2014-02-23 10:35:36)

Temat: One-Armed Swordsman / Return of the One-Armed Swordsman (1967, 1969)

http://i211.photobucket.com/albums/bb6/nakf-of-kg/HK%20posters/0de8659c.jpghttp://i211.photobucket.com/albums/bb6/nakf-of-kg/HK%20posters/1a33a2c0.jpg

Przypomniałem sobie niedawno oba filmy i oba mnie zaskoczyły - pierwszy in plus, drugi niekoniecznie. Ale od początku: pierwsza część wprowadza widza w historię Fang Kanga ("Jimmy" Wang Yu), osieroconego w młodości i przygarniętego przez mistrza Qi (Tien Feng). Ten ma rozpieszczoną córkę, którą Fang ignoruje. Gdy starzejący się mistrz postanawia przekazać władzę nad swoją szkołą młodemu uczniowi, rozsierdza to jego córkę i jej dwóch pomagierów. W tajemnicy przed mistrzem wyzywają Fanga na pojedynek, w którym ten przypadkiem traci prawą rękę. Uciekając w amoku trafia do łodzi Hsiao Man (Chiao Chaio), która go przygarnia. Otrzymuje od niej podręcznik sztuk walki, dzięki któremu Fang uczy się walczyć lewą ręką.

Historia jest dosyć prosta, żeby nie powiedzieć - klasyczna i przez to dosyć przewidywalna. Ale cała przygodowa otoczka jest tu tylko tłem dla wzajemnych relacji między postaciami i poruszanych wątków: konfliktu powinności ucznia wobec mistrza i wobec żony - bić się czy nie bić. Jest też miejsce na trójkąt miłosny oraz bardzo istotny - a nieobecny lub zmarginalizowany w więkości wuxii - motyw samodoskonalenia. W "Jednorękim wojowniku" doskonale widać, dlaczego Chang Cheh nazywany jest ojcem chrzestnym kina kung-fu. Jeżeli dodać do tego, że film jest zdecydowanie bardziej nastrojowy, mroczny niż inne wuxie z tamtego okresu, to całość składa się na jeden z najbardziej interesujących filmów gatunku.

Oczywiście jak na film studia Shaw Brothers nie obyło się bez wad. Postaci łotrów potrafią być karykaturalne, emocje przesadzone ponad miarę, a końcowy pojedynek jest zbyt kameralny. Choreografia walk też nie powala, ale wszystkie braki nadrabia montaż, co najlepiej widać w krótkiej, perfekcyjnie nakręconej walce w przydrożnej karczmie - jednej z najlepszych scen tego typu.


Nakręconą dwa lata później kontynuację zapamiętałem jako całkiem przyjemną rąbankę, no i rzeczywiście zabijają się w niej bez przerwy. Rozczarowała mnie za to fabuła - jest tak pretekstowa jak tylko się da - duży krok w tył w porównaniu do jedynki. Grupa ośmiu "Królów" dowodzonych przez Ling Xu (Tien Feng, który w pierwszej części grał mistrza Qi tongue) wyzywa wszystkich liczących się wojowników, w tym Fang Kanga, na pojedynek. Dalszy rozwój wypadków i finał historii nietrudno przewidzieć.

Największym plusem "Powrotu jednorękiego wojownika" jest bez wątpienia obsada, oprócz znanych nazwisk pojawia się tu sporo nowych twarzy, m.in. Ti Lung i David Chiang, którzy kilka lat później zagrają główne role w części trzeciej. Reszta filmu to typowa średniawka, niby fajne są postaci 8 głównych złoczyńców, każda z nich walczy inną bronią, ale wszystkie poza ich "szefem" padają zbyt szybko nie stawiając większego oporu. Jednak pomyliłem się, pisząc że to trójka jest najsłabszą częścią trylogii, "Powrót" obejrzany zaraz po świetnej jedynce mocno rozczarowuje.