Temat: A Touch of Zen (1969)

http://www.movieforum.pl/download/file.php?id=3991&mode=view
http://www.movieforum.pl/download/file.php?id=4410&mode=view

Oszałamiający i poetycki film sztuk walki, który ustanowił standard gatunków "wuxia" i "swordplay", i który wciąż jest inspiracją dla wielu współczesnych reżyserów (Zhang Yimou, Ang Lee). Ci, którzy zastanawiają się skąd w “Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku" wziął się pomysł na niesamowitą scenę z bambusami, odpowiedź znajdą właśnie w eposie z 1969 roku - "Dotyku zen".

W wielu aspektach “Dotyk zen" funkcjonuje jako kontynuacja poprzedniego filmu z gatunku wuxia w reżyserii King Hu “Dragon Gate Inn". Podobnie, jak w tamtym obrazie osadzonym w epoce dynastii Min, bohaterowie "Dotyku zen" nękani są intrygami złośliwego eunucha z Izby Wschodniej.

W ciągu pierwszych 90 minut poznajemy Shen-Chaia, wiejskiego uczonego, który odmawia podejścia do egzaminu na oficera. To złości mieszkającą z nim matkę, która ciągle mu powtarza, żeby znalazł wreszcie normalną pracę, ożenił się i założył rodzinę. Shen-Chai spotyka Ouyang Nin, tajemniczego człowieka, poszukującego dwóch "przestępców": Yang Hui-Ching i generała Shih, którzy uciekają przed całkowicie skorumpowanym, żądnym władzy Eunuchem Weiem. Przyczyną kłopotów jest ojciec Yanga, który zadarł z Weiem. Zgodnie z tradycją, jeśli obrazi się eunucha, ten nie zabija jedynie winnego, lecz ściga całą jego rodzinę. Kiedy Yang i general Shih znajdują schronienie w opuszczonej posiadłości niedaleko domu Shen-Chaia, miedzy nieoczekiwanymi sprzymierzeńcami rodzi się więź, która stanowi trzon akcji drugiej części filmu. Od tej chwili opowieść przepełniają intrygi, a napięcie rośnie....

"Dotyk zen" to esencja gatunku i obowiązkowa pozycja dla fanów wuxia, niemal trzygodzinny seans zniewalającej opowieści, rewelacyjnej choreografii i przepięknych zdjęć.

[opis dystrybutora]


Punkt odniesienia dla innych wuxia - najwybitniejszy jego przedstawiciel jaki kiedykolwiek został nakręcony stanowiący inspirację dla paru innych twórców dzieł "sztuk walki". Jest to też jak mi się wydaje chyba coś więcej niż jedynie wschodnia baśń przygodowa przez którą ogląda się losy archetypicznych postaci na tle takiejż intrygi. Ogląda się tu bardzo piękne krajobrazy jakby reżyser chciał stworzyć iluzję rajskiego świata żyjącego sam dla siebie, w produkcjach o epickich rozmiarach to standard ale tutaj gdy przez film przenika wschodnia filozofia poprzez wątek opata Weia a fabuła kończy się tak jakby została urwana w połowie czułem wyraźny kontrast pięknego świata zbrukanego przez ludzką nikczemność oraz wieczne koło ludzkich dążeń i grzechów. Reżyser piętnem największej wygranej naznaczył postać prostego malarza uwikłanego w intrygi wojowników i monarchów przejmując opiekę nad dzieckiem. On będzie żył zgodnie z rytmem natury, uczciwie, jego partnerzy i przeciwnicy nie będą mieli spokoju od dworskich potyczek i walk o wpływy w jakie sami się wplątują. Końcówka symbolizuje odwieczną walkę dobra i zła, ying i yang, pozytywne jak i negatywne strony duszy bohaterów, którzy są spleceni jakąś nicią nie do zerwania.

Jeśli mam jakieś zastrzeżenia to głównie takie, że się to zdecydowanie za szybko kończy i to nie tylko dlatego, że film taki dobry ale i także to, że sceny momentami jakby przeskakują. Można niekiedy snuć domysły nad nagłymi przeskokami w historii i pojawianiem się u boku głównych bohaterów innych postaci jakby trochę zjawili się znikąd. Jeszcze jedna rzecz jaka mi nieco przeszkadzała to gdy podczas bitwy nocnej mało co widać, kto kogo uderza, trudno się w tym zorientować. Poza tym wszystko gra tip-top.

Mimo, że na pierwsze starcie trzeba czekać godzinę czasu to nie odczułem żadnego przeciągania filmu, Hu z początku konsekwentnie buduje atmosferę tajemniczości wokół niektórych postaci jak choćby Ouyang Nina. Sytuację wokół zbiegów symbolizuje początkowa scena z pajęczą siecią i są jak owe muchy czekające tylko kiedy dorwie ich pająk. W planie szerszym to symbol zepsutego świata w którym wszyscy uwikłali się w wojnę i losy postaci zostały ujęte w nawias w enigmatycznym zakończeniu. Twórca filmu dzieli żywot ludzkiej egzystencji wokół etapów polityki i instytucji religii przenikającej się nawzajem w jakie wikła się każdy, tutaj wchodzi buciorami w spokojne do czasu życie głównej postaci - miejscowego malarza zauroczonego kobietą, także ukrywającą się przed tymi złymi. Reżyser daje do zrozumienia, że polityka to źródło zepsucia, ukojenie duszy dobrym postaciom filmu szukającym wyzwolenia od walk być może da właśnie religia gdzie odnajdzie się wewnętrzny spokój.

Jest to też niewątpliwie jeden z najbardziej kontemplacyjnych filmów jakie nakręcono. Jak wcześniejsze "Dragon Inn" niejako kontemplowało w na pozór rozrywkowej fabule samych wojowników przemierzających świat jakby pozbawionych własnego domu bo domem to była dla nich wieczna tułaczka przed siebie i ciekawość świata to tu bohaterem tak naprawdę jest sama natura, piękna planeta na której jakimś zrządzeniem losu pojawili się ludzie i stanowi kontrast wobec ich poczynań w miejscu, którego stali się mieszkańcami.

Wciąż intryguje mnie ta legenda jakoby pierwotnie miało to trwać 400 minut. Aż ciekaw jestem tych wyciętych scen. smile

2

Odp: A Touch of Zen (1969)

Hm, wygląda ciekawie. Trzeba obejrzeć. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.

http://s16.postimg.org/y6a8485v9/banner.jpg

3 Ostatnio edytowany przez Joe Chip (2012-08-31 18:01:19)

Odp: A Touch of Zen (1969)

Nie widziałaś? A to się zaskoczyłem. smile

Warto poczytać o filmach Hu:

http://sensesofcinema.com/2002/great-directors/hu/

4

Odp: A Touch of Zen (1969)

Bez wątpienia jeden z najbardziej ambitnych filmów wuxia pian. Czy najlepszy - kwestia dyskusyjna, ostatni raz widziałem go parę ładnych lat temu, w międzyczasie obejrzałem przynajmniej pół setki innych filmów gatunku i w chwili obecnej ciężko mi stwierdzić, czy dzisiaj zrobiłby na mnie takie wrażenie. Pod względem "technicznym" (choreografia, zdjęcia, klimat) jest to powtórka z Dragon Inn - tutaj rewolucji nie ma, ale fabuła nawet z dzisiejszego punktu widzenia jest innowacyjna. Zaczyna się zagadkowo, pojawia się motyw nawiedzonego domu, bardzo późno pojawia się akcja - m.in. stąd porażka finansowa w momencie premiery, która doprowadziła do bankructwa studia - po czym w trzeciej godzinie film wkracza na tereny filozoficzne, o których bez kolejnego seansu nie dam rady się wypowiedzieć. Z końcówki kojarzę tylko Roya Chiao - zadeklarowanego chrześcijanina - w roli buddyjskiego mnicha smile Roli Sammo Hunga zupełnie nie pamiętam. Chyba czas na powtórkę.


Joe Chip napisał/a:

Wciąż intryguje mnie ta legenda jakoby pierwotnie miało to trwać 400 minut. Aż ciekaw jestem tych wyciętych scen.

Ja bardziej jestem ciekaw kiedy ten film w końcu doczeka się porządnego wydania smile DVD z Wielkiej Brytanii omijajcie szerokim łukiem - obraz nie tylko kiepskiej jakości ale i przycięty po bokach.

5

Odp: A Touch of Zen (1969)

Nakf napisał/a:

Pod względem "technicznym" (choreografia, zdjęcia, klimat) jest to powtórka z Dragon Inn - tutaj rewolucji nie ma,

Rozmach to chyba kategoria "techniczna". A jak jeden ma się do drugiego to widać gołym okiem. smile Jest to rzeczywiście styl i klimat Dragon Inn tylko, że zostało to rozbudowane i to znacznie. Choreografia jest jeszcze efektowniejsza ze słynnym pojedynkiem wśród drzew na czele, w bitwach bierze udział większa ilość ludzi. Krajobrazy są tu niezwykle efektowne i natura tu to bez wątpienia jeden z "bohaterów" filmu. I te przenikające wszędzie światło słoneczne czego wcześniej nie było a jaki to daje efekt oczom? Rewelacyjny.
 

Nakf napisał/a:

Ja bardziej jestem ciekaw kiedy ten film w końcu doczeka się porządnego wydania smile DVD z Wielkiej Brytanii omijajcie szerokim łukiem - obraz nie tylko kiepskiej jakości ale i przycięty po bokach.


Remastering by się istotnie przydał bo obecna kopia widać jak nosi na sobie ślad wieku. A to przecie jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów świata.

6

Odp: A Touch of Zen (1969)

Dobra, przebrnęłam. Na początku od razu napiszę, że znalazłam to to na YT. Najpierw miałam takie O.o , jak to? To kilka części tego jest? Czy ktoś to na dwa podzielił? Potem się kapnęłam, że niby ucięto to z 400min (widać), co w/g mnie jest dobrym posunięciem. Ale od początku.

Rzeczywiście remastering przydałby się wybitnie, bo największą zaletą filmu są piękne plenery i gra światłem, choć pod koniec jest tak kiczowato, że żal patrzeć. (Budda z aureolą, "świetlisty opat"... proszę, litości). Las bambusowy, opuszczony dom, zdjęcia na skałkach są po prostu śliczne i stwarzają niepowtarzalny klimat.

Niestety, później jest już gorzej. Nie dziwię się, że film zrobił klapę w kinach. Jeśli pierwsza część filmu ma około 1:40:00, a coś zaczyna się dziać dopiero około 1:10:00, to coś jest chyba nie ten tego. Zaczęłam oglądać z wieczora i oko mi się przymknęło, obudziłam się jak ktoś coś mówił, potem znów zasnęłam i obudził mnie domownik twierdząc mniej więcej: "ale nuda, weź to wyłącz". Coś w tym jest. Oczywiście rozumiem budowanie klimatu, tajemniczość i w ogóle, ale nie przez 3/4 filmu. Wystarczy 10min.

Jeśli idzie o walki to rzeczywiście przypomina to Come, Drink with Me, tylko nieco lepiej. Przynajmniej widać jak ktoś tam próbuje machać mieczem i walczyć, czego w filmie z Cheng Pei-Pei nie ma. Nie będę porównywać do Dragon Inn, bo tego też nie widziałam, a widząc, że filmy reżysera są do siebie bardzo podobne, nie wiem, czy mam na to wystarczająco dużo nerwów. Choć pewnie obejrzę, bo to podobno klasyk.

A teraz chwilkę o fabule. Jest dobra, szkoda tylko, że wykonanie takie kiepskie. Piękne zdjęcia w plenerach tego nie zatuszują. Najbardziej rozwaliła mnie scena po nocnej rozróbie w opuszczonym domu (która ciągnęła się niemiłosiernie i mało co było widać; jak się nie ma sprzętu na nocne kręcenie, to się w nocy nie kręci, albo kręci w studio ze sztucznym światłem i kartonowym księżycem!). Po niej skryba wychodzi na mury w wachlarzem z gęsich piór i pozuje na Zhuge KongMinga (żałosne raczej) i śmiejąc się objaśnia mi (czyli widzowi) jakie to pułapki wymyślił na noc, by zmylić wroga (tak jakby widz był ograniczony i koniecznie musiał to wiedzieć). Po czym wychodzi na główne podwórze, widzi trupy i od razu zaczyna wołać swoją narzeczoną, z kwaśną miną. WTF?!

Nie będę pisać dalej, bo i po co? Dla mnie 3/5 i to za piękne zdjęcia (za dnia!). Jakby ten film trwał góra 2:00:00 zamiast 3:10:00, byłoby super. A tak nie ma o czym rozmawiać. Dłużyzny go zarzynają. Strach się bać jakby rzeczywiście trwał 6:40:00 (pewnie by pokazano półroczną wędrówkę skryby za ukochaną, bo ewidentnie jest ucięta, tak samo jak poszukiwanie zbiegów przez Ouyanga).

Nakf napisał/a:

Roli Sammo Hunga zupełnie nie pamiętam.

Grał na końcu, jednego z dwóch zauszników oficjela, który zginął na samym końcu filmu. Rola epizodyczna, nie warto nawet wspominać. Bardziej mnie zdziwiła obecność Hao Li Jena w roli zbieracza chrustu, który był stałym bywalcem filmów SB. smile

http://s16.postimg.org/y6a8485v9/banner.jpg

7

Odp: A Touch of Zen (1969)

robaczek napisał/a:

Najbardziej rozwaliła mnie scena po nocnej rozróbie w opuszczonym domu (która ciągnęła się niemiłosiernie i mało co było widać; jak się nie ma sprzętu na nocne kręcenie, to się w nocy nie kręci, albo kręci w studio ze sztucznym światłem i kartonowym księżycem!)

To nie wina zdjęć tylko właśnie brak porządnego remasteringu.

Najlepszym przykładem jest trylogia Musashi Miyamoto, obraz na DVD przypominał ten z "A Touch of Zen" a po remasteringu:
http://www.dvdbeaver.com/film/DVDCompare3/samuraii.htm
http://www.dvdbeaver.com/film/DVDCompare3/samuraiII.htm

8 Ostatnio edytowany przez Joe Chip (2012-09-02 13:53:41)

Odp: A Touch of Zen (1969)

robaczek napisał/a:

Nie będę pisać dalej, bo i po co? Dla mnie 3/5 i to za piękne zdjęcia (za dnia!). Jakby ten film trwał góra 2:00:00 zamiast 3:10:00, byłoby super. A tak nie ma o czym rozmawiać. Dłużyzny go zarzynają.

Dłużyzny? Ja miałem wrażenie, że jest raczej za krótki. wink Tak mnie pochłonęło. Żadne tam "nie ten tego" nie ma. Aż szkoda tych pierwotnych sześciu godzin ( chyba ). Ale ja jestem przyzwyczajony do długich filmów z długimi scenami. smile

9 Ostatnio edytowany przez Wujek_Bill (2017-03-22 15:39:44)

Odp: A Touch of Zen (1969)

http://asianmoviepulse.com/wp-content/uploads/2016/02/post/king-hus-a-touch-of-zen/touch-of-zen-03_0_20619988544_o.jpg

I mi dane wreszcie było obejrzeć Dotyk zen. Lubię długie filmy, ale uważam, że ten jest jednak zbyt długi i nieco nużący. Dłużyzny zwykle mi nie przeszkadzają (zwłaszcza w chińskich filmach), lecz nic mi po dłużyznach rozgrywających się w nocy, gdzie momentami kompletnie nic nie widać. Liczyłem też na więcej mądrości płynącej z filmu. Skoro to taki klasyk myślałem, że mamy tu historię inną niż wszystkie. Otrzymałem jednak zwykłą opowieść o splecionych ze sobą losach kilku bohaterów. Fabuła jest dosyć powszechna i standardowa. Nie wyróżnia to Dotyku zen spośród innych produkcji tego gatunku. Trochę za mało tu poetyki czy tych pięknych zdjęć o których sporo czytałem przed seansem. Film jak dla mnie ratuje ostatnie 30 min. W finale mamy bowiem kulminację elementów będących największymi plusami filmu. I tu wracamy do zdjęć, scenografii czy muzyki, które przez pozostałą część filmu były nam dawkowane w małych ilościach. Pojawiają się też emocje, pojedynki (których nie wymagałem za wszelką cenę) czy zwroty akcji. Coś się dzieje, przy czym nie ma natłoku akcji i przesytu wymienionych elementów. Podobał mi się widok mnicha na tle słońca. W pewnym momencie opat i słońce stają się jakby jednym i zastanawiałem się nawet czy ów mnich nie jest samym buddą. Brakowało mi takich ujęć na przestrzeni całego filmu. Wspomnę jeszcze o jednej pięknej scenie z pierwszej części filmu (około 50 minuty). Yang Hui-Ching odśpiewuje piękną pieść. Muszę wam się przyznać, że czytając kiedyś Mitologię chińską (autorstwa Mieczysława Kunstlera) natchnąłem się w niej na poemat Pytam niebiosa, który bardzo mi się spodobał. Niedawno przypomniałem sobie o nim, więc postanowiłem poszukać chińskich wierszy w internecie. Pierwszy poemat na który się natchnąłem to "Pijąc samotnie przy blasku księżyca" Li Baia. To właśnie ten poemat wyśpiewuje bohaterka filmu. Wiem więc, że film zawiera trochę dziedzictwa kulturowego Chin. Chciało by się więcej takiej sztuki w Dotyku zen miast spowitych całkowitym mrokiem kadrów.

http://www.kinopodbaranami.pl/images_lib/doc_1440_0.jpg

10

Odp: A Touch of Zen (1969)

Poza scenami nocnymi gdzie faktycznie mało co widać a trwa to z 10 minut albo więcej nie mam się o co przyczepić. Ja miałem odwrotne wrażenie, jest zbyt krótki.  wink Fabuła jest jak w wielu innych ( acz to jeden z pierwszych filmów martial arts w ogóle ) ale sposób takiego pochylania się nad światem poprzez najazdy kamery na naturę, otoczenie nie ma do teraz. Nawet u Anga Lee i Zangha Yimou. smile